Maraton Podróżnika 2015, czyli dookoła Tatr, czyli dramat w dwóch aktach

Prolog

Maraton Podróżnika to cykliczna (już druga :-) ) impreza organizowana przez forum podrozerowerowe.info.

Po dość płaskiej i szybkiej trasie w zeszłym roku, Maraton Podróżnika 2015 to prawdziwe góry. Trochę się ich obawiałem (i słusznie), ale liczyłem, że jakoś się uda.

Kilkanaście dni przed startem na forum podrozerowerowe.info zaczyna się dyskusja o napędach. Okazuje się, że w porównaniu do innych startujących mam dość twarde przełożenia. Nic jednak nie zmieniam, uważam, że nawet jeśli będą za twarde, to przepcham się jakoś przez góry.

Do bazy maratonu (Brandysówka w Dolinie Będkowskiej) przyjeżdżam w piątek po południu. Pół paczki makaronu, dużo picia i wieczorna integracja - ograniczona jednak przez rozsądek, który każe się wyspać.

Akt 1
O tym jak poległem

Prognozy mówiły, że będzie ciepło, jednak nikt nie spodziewał się, że tak bardzo. O 8, kiedy startujemy, jest już mocno ponad 20 C. Zanim dojedziemy na start ostry (45 km, Wieliczka) kończy mi się picie w pierwszym bidonie. Po 10 jest powyżej 30 st.

Już koło 50. km zauważam, że jestem bardzo zmęczony. Nigdy nie miałem problemów z wysoką temperaturą, wręcz lubię tak jeździć. Tym razem jednak wyraźnie coś jest nie tak. Piję dużo, jem normalnie, a jadę jakbym miał już za sobą 500 km. W dodatku napęd okazuje się na prawdę za twardy. Trzeba było słuchać mądrzejszych ode mnie... Przez jakiś czas jadę z TomStepem, potem chwilę z Wigorem. Trochę szarpię i z żadnym nie udaje mi się znaleźć wspólnego tempa. Resztę będę jechać sam.

Na pierwszym dużym postoju (156 km, Łapsze Niżne) jem obiad w nadziei, że to coś zmieni. Po obiedzie od razu podjazd na Łapszankę. Na górze piękne widoki Tatr, ale nie mam siły się nimi cieszyć.

Końcówkę zresztą podprowadzam, bo nie jestem w stanie jechać. Po raz pierwszy zaczynam wątpić, czy dojadę. Najgorsze, że po prostu nie cieszy mnie jazda. Zwykle ciężkie warunki udaje mi się przezwyciężać dobrym nastawieniem. Dziś nie tylko nogi nie chcą kręcić. Głowa też.

Wjeżdżam na Słowację. Za Zdziarem zaczyna się długi łagodny podjazd, czyli to na czym czuję się najlepiej. Tyle, że nie tym razem. W Tatranskiej Lesnej zajeżdżam na stację kolejki. Właśnie podjeżdża pociąg, ale zanim zorientuję się, gdzie stąd można dojechać, już go nie ma.

W Strbskim Plesie (najwyższy punkt trasy) padam na twarz. Siadam na ławkę i zaczynam oglądać mapę, jak by się stąd wydostać. Zakopane wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale dzielą mnie od niego Tatry. Przejeżdża Góral Nizinny. Próbuje mnie zachęcać do jazdy, ale tylko kręcę głową.

Zbieram się po chwili i zaczynam zjeżdżać w stronę bufetu, który czekał na nas na 240 km. W dół jedzie się lekko, więc na nowo rodzi się nadzieja, że jednak pojadę. Na bufecie jestem koło 21. Dowiaduję się, że Góral Nizinny sądził, że już tylko czekam na samochód techniczny i Magda na liście zaznaczyła, że wycofałem się. Trochę się burzę na takie skreślanie, jem makaron, kanapkę i myślę co ubrać na noc. Wtedy jednak zaczyna mi się kręcić w głowie. Od rana wypiłem 11 litrów, a nadal wygląda jakbym był odwodniony. Nie pomaga żadne "rozchodzenie".

Rezygnuję. Maciek zabierze mnie samochodem do bazy. Tymczasem trochę pomagam jemu, Magdzie i Teresce przyjmować kolejnych jadących. Wszyscy zachęcają mnie do dalszej jazdy, ale jak już podjąłem decyzję o wycofaniu, to zupełnie opadły emocje i czuje się coraz słabiej.

Ostatnia grupa rusza w dalszą drogę koło 2:30. Wiedzą, że ledwo zdążą przed limitem 40 godzin. Wiedzą, że czeka ich cały drugi dzień walki z upałem. W dodatku cienko wyglądają. A mimo to jadą dalej. Twardziele.

Nad ranem jestem w bazie. Przyjeżdżają kolejni zawodnicy, a ja tyko mogę posłuchać ich przekleństw (na trasę i upał) i śmiechów (że udało się). Kilka osób kiwa nade mną głową i mówi, że to była rozsądna decyzja.

Jeszcze przez kilka dni kręci mi się w głowie. Nie boli za to nic innego, więc gdyby nie strach przed dalszą jazdą i zawroty głowy, to pewnie dałbym radę.

Dwa dni po powrocie zaczynam planować akt 2. Na początek przegląd błędów z aktu 1.:
- zbyt lekko podszedłem do tej trasy (po BBT sądziłem że skoro przejechałem 1000 km, to nic mnie już nie może zatrzymać - no to teraz dostałem kopa na pokorę),
- wbrew radom znajomych, nie zmieniłem napędu na lżejszy (minimalnie miałem 34/25)
- nie przejrzałem trasy, nie wiedziałem gdzie są stacje benzynowe, miasta, sklepy, największe podjazdy
- kupiłem dość optymistycznie bilet powrotny w niedzielę na 19:45, to oznaczało, że muszę skończyć max 17:30-18:00, a jechałem tempem na granicy tego czasu i zamiast spokojnie pedałować, to ciągle liczyłem, czy zdążę

Akt 2
Rewanż

Po trzech tygodniach wracam w Tatry. Tym razem sam, bez maratonowej otoczki.

Pociąg jest w Krakowie przed czasem, więc już o 5:45 startuję. Z Krakowa, bo nie ma sensu jechać do Brandysówki, żeby tam zaczynać. Wskakuję na trasę na 32. km. Dzięki temu będę wszędzie po drodze 3-4 godziny wcześniej niż poprzednio.

Tym razem jestem trochę lepiej przygotowany. Mam wydruk profilu, zaznaczyłem sobie ważniejsze punkty i podzieliłem trasę na etapy. Taki długi dystans łatwiej jechać myśląc tylko o najbliższym kawałku, a nie o mecie, która jest za kilkaset km.

Pogoda, niestety, przygotowała się tak samo. Już o 8 rano jest grubo ponad 20 st. Nie mam termometru, ale jest tak samo ciepło jak poprzednio. Zaczynam się obawiać, że znowu będzie męczarnia.

Zmieniłem jeszcze jedną ważną rzecz. Założyłem sobie kasetę z szosówki koleżanki małżonki. Tak, ta kaseta była już w domu i można było założyć ją już trzy tygodnie temu(!). Ale zadufane w sobie głupki nie słuchają dobrych rad. Teraz mam 34/30 i daje się to odczuć już na podjeździe na Stare Rybie. Wjeżdżam bardzo sprawnie i mam jeszcze zapas (poprzednio tu już jechałem na najlżejszym biegu).

W Limanowej (ok 65 km) moja rozpiska każe zatrzymać się na kilka minut odpoczynku i zakupy picia. Nie czuję jeszcze, że potrzebuję przerwy, więc tylko uzupełniam bidony i zaczynam wspinać się na przełęcz Przysłop. Jakieś 200 m wyżej spotykam znak, który ostrzega przed serpentynami i każe zwolnić. Na pewno nie zwolnię, bo już jadę najlżej :-)

Jest już konkretnie gorąco i przypominam sobie jak Hipek pisał o „cieniowym sępie”. Też zaczynam na serpentynach jechać zawsze w cieniu. Trochę trzeba uważać na samochody (jeśli cień akurat wypada po przeciwnej stronie drogi i jadę pod prąd), ale przynosi to znaczną ulgę.

Potem długi przyjemny zjazd (jest nagroda za męczący podjazd) nad Dunajec. Płaski kawałek daje wytchnienie rękom, bo mogę położyć się na lemondce. Trochę demotywujące są tłumy turystów leniwie snujących się w upalnych miejscowościach wzdłuż rzeki. Najbardziej zazdroszczę jednak wędkarzom stojącym po pas w zimnej wodzie.

Podjazd do Haluszowej boczną drogą. Zdejmuję kask i okulary, żeby głowa odpoczęła na podjeździe. Ostatni fragment tuż przed Pienińskim Parkiem Narodowym jest bardzo ciężki. Na górze staję, żeby założyć kask przed zjazdem. Nie ma okularów! Powiesiłem je wcześniej na kierownicy. Teraz dopiero przypominam sobie dziwny dźwięk, który usłyszałem kilka (może kilkanaście) minut wcześniej. Wtedy sądziłem, że to kamień. Teraz wiem, że to były spadające okulary. Wracam w dół, na szczęście tylko kilkaset metrów, jednak muszę ponownie wspinać się do góry. Ale oba razy podjeżdżam – trzy tygodnie wcześniej podchodziłem tutaj.

Nad jeziorem Niedzickim przez chwilę zastanawiam się, czy nie skoczyć w bok i obejrzeć zamek. Nigdy tu chyba nie byłem i szkoda mijać. Ale zamek jest na górze, więc odpuszczam. Taki urok maratonów. Trzeba wybierać, albo kilometry, albo zwiedzanie.

W Łapszach Niżnych (125 km), mimo że jest jeszcze bardzo wcześnie, decyduję się na przystanek w tej samej restauracji i ten sam doskonały rosół. Nadszedł też czas na comming out :-) Wcześniej nikomu nie mówiłem, że jadę ponownie trasę MP. Teraz wysyłam SMSy do Transatlantyka i Waxmunda. Jedzie się świetnie i mam nadzieję, że uda się. Ale wiem też, że wiadomości od nich mogą pomóc w końcówce. Poza tym świadomość, że „świat już wie” :-) będzie motywować w czasie kryzysu, który czai się już na pewno gdzieś za kolejną górą i tylko czekać kiedy mnie dopadnie.

Za Łapszami podjazd na Łapszankę, który trzy tygodnie wcześniej był początkiem końca. Dziś bez problemu całość wjeżdżam. Po drodze jest kilka miejsc, gdzie można opłukać się wodą z potoku. Jak mogłem ich nie zauważyć poprzednio? Słońce grzeje bez litości i opłukanie głowy dużo daje. Na górze piękny widok, który tym razem naprawdę cieszy. W dodatku na południu widać trochę chmur dających nadzieję, że po słowackiej stronie Tatr nie będzie tak upalnie.

Wjeżdżam na Słowację. W pierwszym sklepie kupuję picie. Pani cierpliwie tłumaczy mi, które picie jest gazowane, które nie, a i tak kupuję jedna butelkę zwykłej wody mineralnej, a drugą gazowanego napoju pomarańczowego. Kiedy to odkrywam oba są już otwarte więc mieszam je pół na pół w bidonach. Okazuje się, że smakuje doskonale.

Za Zdziarem znowu ten fajny, długi, łagodny podjazd na 1260 m. Jedzie się świetnie, pogoda super (rzeczywiście, upał jakby mniejszy niż w PL). Mijam kolejne miejscowości, trzy tygodnie temu ciche i spokojne, dziś strasznie zatłoczone.

Przed Strbskim Plesem (195 km) mijam idącego sakwiarza. Jest cały czerwony i wygląda słabo. Pytam, czy wszystko w porządku, okazuje się, że kilkanaście kilometrów wcześniej skończyło mu się picie. Odlewam mu pół swojego bidonu i pocieszam, że już za chwilę zacznie się zjazd.

Rzeczywiście, wkrótce zaczynam zjeżdżać. Prawie 50 km, niemal non stop w dół. Zaczynam mieć problemy z wrzucaniem blatu. Przednia przerzutka wymaga sporej siły, żeby wepchnąć łańcuch na dużą zębatkę. Jednak nic nie ruszam, dopóki działa, nawet jeśli ciężko, to jedziemy.

Cała Słowacka część trasy to piękne widoki Tatr. Dziś naprawdę sprawiają mi dużą przyjemność.

Planowałem obiad i dłuższy postój w Liptowskim Mikulaszu, ale jest jeszcze dość wcześnie i szkoda mi światła. Postanawiam jechać dalej, żeby jeszcze za dnia zaliczyć zjazd z Przełęczy Kwaczańskiej (260 km) i postój zrobić już w nocy na stacji benzynowej w Nemestovie.

Jeszcze przed podjazdem na przełęcz korzystam z pięknego wieczornego słońca i robię trochę zdjęć. Ech trzeba było zabrać aparat, bo komórką to sobie mogę… Mija kilka minut i przypominam sobie, że jednak zebraliśmy się tutaj, żeby jechać, a nie na sesję. Trzeba tu kiedyś wrócić w „trybie wyprawowym”.

Opisu tego znaku nie zrozumiałem, ale obrazek był wystarczająco sugestywny :-) Jakby się taki samochód na mnie przewrócił...

Na zjeździe z Kwaczańskiej przypominam sobie, że relacjach z MP czytałem o jakiś parszywym mostku z kostki brukowej. Słowacja zaraz się skończy, więc to musi być gdzieś tu. Staram się więc wytężać wzrok w szarówce, ale i tak akurat kiedy trzeba, to patrzę gdzieś w bok i z zaskoczenia zaliczam ostrą tarkę.

W Nemestovie, jedyna na słowackiej części trasy, całodobowa stacja benzynowa. Chłopaki wypatrzyli ją poprzednim razem i zapamiętałem ją sobie, żeby tu zrobić wieczorny postój. Niestety, nie zapamiętałem (pisali o tym), że nie ma tam hot dogów. A taką miałem na nie ochotę! Ciepła kolacja sprowadza się więc do kanapek z mikrofalówki i herbaty.

Na granicy – przełęcz Glinna, 330 km – jestem kwadrans po północy. Coś majaczy mi się, że Hipki byli tu też o tej porze. A przecież ruszyłem z Krakowa (-30 km) i o 6 rano (-2 godziny)! Ale nic to, dziś to już nie wyścig, a zresztą i tak nie mam co się porównywać do harpaganek i harpaganów :-)

Za granicą parking, na który stoi jeden pusty samochód. Korzystam z okazji (stół, ławka, latarnia) i ubieram się na zjazd. Wcześniej smaruję piąty punkt podparcia maścią na otarcia. Kiedy ruszam, mijam samochód, który okazuje się … nie być pusty. Kierowca wprawdzie wygląda jakby spał, ale jeśli nie, to miał chwilę wcześniej niezły ubaw. Środek nocy, podjeżdża gość na rowerze i smaruje się pod spodenkami :-)

Po zjechaniu do Jeleśni wreszcie jest. To nie mogło się udać bez niego. Kryzys. Siadam na przystanku na chwilę snu, bo zaczynam zasypiać. Moja sprawdzona metoda, to przystanek taki, żeby siedzieć w rogu. Wiem, że jeśli się położę, to zasnę na długo. Jeśli natomiast siądę w narożniku, to nie będę się kiwać, ale będzie na tyle niewygodnie, że zbudzę się po kwadransie. Zawsze to działa i tym razem też. Garmin pokazuje, że spałem 16 minut :-)

Przed Suchą Beskidzką nie zauważam, że przelatuję zakręt na Zawoję. Na szczęście (pierwszy raz, nigdy tak nie robiłem) jadę z cały czas włączonym podświetleniem GPSa, więc orientuję się już kilkaset metrów dalej. Nie byłem jedynym, który tu przeleciał.

Tylko dwa miejsca naprawdę mnie wkurzyły na tej rasie. Pierwsze do Przełęcz Przysłop przed Zawoją. I nie chodzi tu o podjazd, ale o tragiczną nawierzchnię zjazdu. Jest jeszcze ciemno, ręce bolą od hamowania, a droga to same dziury. Gdybym w tym momencie dorwał autora trasy, to…

Teraz Krowiarki. Wiem, że to ostatni raz, kiedy wyjeżdżam ponad 1000 m npm. I mimo, że potem będą jeszcze trudne podjazdy, to ta myśl dodaje sił. Tym razem nie spieszę się na podjeździe, bo robi się coraz jaśniej i chcę zjeżdżać już za dnia. Nie chcę kolejnego, nocnego zjazdu po dziurach. Tymczasem na górze zaskoczenie, droga w dół to doskonały asfalt. Długie proste dają sporo prędkości i radości. To chyba gdzieś tu poprawiam swoją życiówkę.

Poza małą korektą (krótki, ostry podjazd na Przełęcz Zubrzycką) od Krowiarek do Makowa Podhalańskiego prawie 50 km zjazdu. W Makowie, zgodnie z planem śniadanie na Orlenie. Wreszcie hot dogi! Dziś jadę sam, więc nie ma niebezpieczeństwa, żeby jakaś jadąca przede mną grupa wyjadła wszystko, co zdarzyło się na Maratonie Podróżnika 2014 :-)

Przed maratonem, wszyscy straszyli Makowską Górą. Niby nie jest stroma, ale ciekawe było podejście projektanta. Po kilku serpentynach (nie są strome, ale jestem już trochę zmęczony), planista uznał, że nie ma co się bawić w zakręty i resztę podjazdu poprowadził na krechę, prosto do góry. Nie ma mowy, żebym podjechał. Pokornie zeskakuję i wpycham rower na górę. Ale widoki za plecami piękne.

Najgorsze zaczęło się na zjeździe. To drugie miejsce, gdzie chętnie udusiłbym twórcę trasy. Strome, ciasne serpentyny. Non stop hamowanie, od którego aż ręce bolą. Nie lubię kiedy, po wysiłku podjazdu, dostaję w nagrodę zjazd, który nie daje w ogóle radości. W dodatku na jednej z serpentyn wyskakuje mi na czołówkę samochód. Blokuję tylne koło, rower zaczyna się ślizgać. Jakoś udaje się go opanować, ale droga ma tyle szerokości, że mijamy się na jakieś 30 cm.

W Kalwarii Zebrzydowskiej rzucam okiem na mapę. Jak stąd blisko do Krakowa! Może już nie będę jechać przez Brandysówkę? Przecież Tatry objechałem, nie? Zaliczone, prawda? Oj, kosztuje mnie sporo wysiłku „mózgowego”, żeby zmusić się do dalszej jazdy po trasie. Zwłaszcza, że jest dopiero 8 rano, a słońce już mocno grzeje.

Upał szybko wysysa resztki sił. Zaczyna się kręcić w głowie. Objawy jak poprzednim razem, a tu do końca jeszcze kilka godzin. Do Brandysówki pomaga jechać tylko perspektywa późniejszego zjazdu na dół do Krakowa. To kawałek zupełnie bez historii, nic z niego nie pamiętam, mimo że ciągnął się strasznie długo :-) Chociaż jednak pamiętam. Dziesiątki krótkich, ostrych podjazdów, z których połowę muszę wpychać, bo nie mam już sił jechać. Lewa ręka bardzo boli od walki z przednią przerzutką, która w ogóle nie chce wchodzić na blat.

W Krakowie jest 35 C, dojeżdżam do miejsca, gdzie wczoraj zacząłem. Czuję się naprawdę słabo. W dodatku nie do końca dogadałem się z koleżanką małżonką, która oczekiwała mnie w innej części miasta. Teraz ja muszę czekać godzinę zanim dojadą do mnie i zabiorą do domu.

Koszmarnie trudna trasa, którą upadł dodatkowo zmienił w męczarnię. Za pierwszym razem jechałem zupełnie bez doświadczenia w górach, lekceważąc je i popełniając sporo drobnych błędów, które zsumowane złożyły się na klapę. Być może miałem też po prostu słabszy dzień, bo ścięło mnie konkretnie.

Za drugim razem udało się przejechać, ale na końcówce byłem zupełnie wyczerpany. Tym razem głowa była ok, ale nogi, sztywny kark i obtarte siedzenie szybko nie dadzą o sobie zapomnieć.

Dystans: 540 km, czas 31:09, netto 25:04, przewyższenie 7055 m.

 

Menu aktu 2 (z 1 nie zapamiętałem):

  • 16 litrów (5 - izo/hipotoniki, 2 - cola, 2 - słodkie napoje, 3 - ta fajna, lekko gazowana mieszanka na Słowacji, której nazwy nie pamiętam, 4 - woda)
  • 1 rosół
  • 15 kanapek (12 z domu, 3 kupione na stacjach na Słowacji)
  • 2 hot dogi
  • 5 batoników
  • 2 lody
  • 3 drożdżówki
  • 4 cukierki z kofeiną

 

 Marek

 

Kontakt

marek@memorek.pl

 3194816

memorek

 

Ta strona działa od 17 grudnia 2011.

Tutaj też jeździmy

Mateusz i Marcin trenowali i pierwsze szlify zdobyli  w UKS Energetyk Junior Gryfino

 

W towarzystwie STRADA m.in. organizujemy coroczny wyścig dla dzieci i młodzieży

Twarzoksiążka